O przeprowadzkach. I nieobecnych knajpach.

IMG_0223

Kiedy zmieniam miejsca zamieszkania, jest dla mnie ważne, żeby szybko oswoić nową przestrzeń. Robię to i wtedy czuję się już jak u siebie. Im więcej razy zmieniam otoczenie, tym bardziej przekonuję się, że jest mnóstwo miejsc na ziemi, gdzie mogłabym czuć się jak w domu. W ostatnich 20 latach mieszkałam w 8 różnych mieszkaniach, w 3 różnych miastach, no i w setkach pokoi hotelowych. To zabawne, jak szybko pokój hotelowy staje się moim domem.

Wchodzę do hotelu, otwieram drzwi pokoju, rozglądam się, otwieram łazienkę. Nawet jeśli mam na to minutę, bo jestem umówiona i za chwilę muszę już wychodzić z hotelu, zawsze w tej pierwszej minucie rozpakowuję swoją walizkę łącznie z rozstawieniem swoich kosmetyków w łazience. Od tej chwili jestem w domu. To dziwne, ale bez tego rytuału nie potrafiłabym chyba spędzić nocy w żadnym hotelu. Oswajam mój pokój i jest mi już dobrze.

Kiedy przeprowadzamy się do nowego miasta i zmieniamy dom dla całej rodziny, oswajanie nowego otoczenia trwa trochę dłużej. Bo muszę to zrobić pełniej.

To video najlepiej podsumowuje jak bardzo przywiązuję się do miejsc i ludzi, których odkrywam w nowym mieście. Ten wspaniały pożegnalny prezent powstał dzięki Magdzie i całemu mojemu zespołowi z Vectry.

Najłatwiej jest chyba ze znalezieniem swojego sklepu. Sklepów jest wiele, a moje wymagania w tym zakresie chyba nie są zbyt wygórowane. Wybieram jeden, gdzie można kupić dobre pieczywo i podstawowe produkty. Milak znajduje najbliższy nocny. Do tego szybko dochodzi duży market, choć coraz częściej robię duże zakupy przez internet.

Potem trzeba skompletować lekarzy. Tu zawsze polegam na rekomendacjach znajomych. Temat zamykam dość szybko.

Paradoksalnie jedną z trudniejszych rzeczy okazuje się skompletowanie usług kosmetycznych i fryzjerskich. To sprawa dla mnie tak indywidualna i podlegająca subiektywnym ocenom, że ostateczny wybór zajmuje zwykle wiele miesięcy, nawet do roku. Kosztuje mnie tyle wysiłku i nieudanych prób, że kiedy znajdę tę idealną osobę/miejsce, trzymam się, jestem lojalna. Tak jak w przypadku Sensual Spa w Sopocie. Wracając do dawnego miasta, zdarza mi się odszukiwać stare ścieżki, by wrócić do ulubionej pani kosmetyczki czy fryzjera. Do tego stopnia, że jestem gotowa przemierzać wiele kilometrów, żeby skorzystać z jej lub jego usług. Tak było np. z p. Agnieszką, kosmetyczką, którą odwiedzam już w trzeciej lokalizacji, wcześniej w centrum Warszawy, teraz aż w Milanówku.

Jednak absolutnie najtrudniejszym zadaniem okazuje się znalezienie ukochanej knajpy. Jest być może tym trudniejsze, im bardziej to, co się zostawiło w dawnym miejscu, było idealne i ukochane. W moim poprzednim mieście, Sopocie, miałam chyba wyjątkowo dużo szczęścia. Choć knajp nie ma tam tak wiele jak w wielkim mieście, wręcz te warte odwiedzania można zliczyć na palcach dwóch rąk, być może to co dla mnie ważne, cechowało sopockie knajpy częściej niż te wielkomiejskie?

Czym jest to coś? Dobra kuchnia to podstawa. Jednak zdaje się, że ja rozumiem wyrażenie „dobra kuchnia” trochę po swojemu. Dobra kuchnia to dla mnie nie starannie ułożone i pięknie zgrane pod względem estetycznym potrawy. Dobra kuchnia to dla mnie niekoniecznie zaskakujące i nowatorskie połączenia składników. Dobra kuchnia to dla mnie jedzenie przygotowywane ze szczerości serca, z chęci jak najlepszego ugoszczenia. Serce i pasja w kuchni i całej restauracji są tak łatwe do wyczucia.

Drugi warunek dla kandydata na ukochane miejsce? Wyjątkowa atmosfera, niepowtarzalny klimat knajpy. I tu trudno mi coś bardziej sprecyzować. Chodzi o miejsca, gdzie kiedy wchodzisz, szybko czujesz się jak w domu. Gdzie od samego progu czujesz się witany z radością, z otwartymi ramionami. To przedziwne, ale wg mnie niewielu restauratorów to rozumie. Dlatego tak niewielu odnosi wielki sukces. Moim absolutnym guru w tym względzie jest Danny Meyer, nowojorski restaurator i CEO Union Square Hospitality Group. Właściciel wielu doskonałych nowojorskich restauracji – od Union Square Cafe, przez słynne i wielokrotnie nagradzane Gramercy Tavern i The Modern, aż po sieć popularnych burger barów Shake Shack. Hospitality. Słowo klucz.

Danny Meyer opowiada nie tylko o swojej filozofii gościnności, ale również wyjątkowym podejściu do tworzenia restauracji jako miejsca pracy.

Wyjeżdżając z Warszawy prawie 7 lat temu zostawialiśmy tu ukochaną Vera Italię, którą z czułością nazywaliśmy naszą „budą” z racji na obskurny budynek, w którym się mieściła i równie przedziwne, jak na wyobrażenie o porządnej restauracji wnętrze, a tak typowe dla włoskiej trattorii. Mieściła się na Ochocie, przy małej schowanej uliczce Sąchockiej. Z dala od centrum, ukryta wśród ogródków działkowych i starych bloków. Nikt jej nie reklamował, mało kto mógł przechodzić przypadkiem, a wieczorami ciężko było o wolny stolik. Vera Italia, a w niej nasza ulubiona kelnerka – Pani Celina. I niezapomniane w smaku potrawy jak choćby pierwszorzędne vitello tonnato, pyszne owoce morza czy polędwica wołowa z zielonym pieprzem.

Sopot. Dość szybko trafiliśmy do Bulaja, restauracji Artura Moroza. Chyba za rekomendacją naszych trójmiejskich przyjaciół. Budynek bardzo niepozorny. Ale to co w środku – serce – wielkie!

Patrycja, Lila i Dziadek Zbyszek w Bulaju

Moja siostra Patrycja, jej córeczka Lilka i mój Tata na obiedzie w Bulaju

Zarówno na talerzu jak i w uśmiechu na powitanie. Przepyszne ryby i owoce morza, świetne mięsa, obłędny tort bezowy. Szum fal słyszany na tarasie stojącym na wydmach. I pełne ciepłego humoru pogawędki z kelnerami. Doskonałe miejsce.

IMG_0582

Najlepszy na świecie tort bezowy. Bulaj.

A na drugim końcu miasta moje ukochane Tesoro. Wnętrze typowej włoskiej trattorii. Głośno, hałas z kuchni, gwar licznych klientów, biegające dzieci. Brak wygód, zero dbałości o aranżację wnętrza. Mocne żółte światło z sufitu. Zawsze włączone telewizory z włoską stacją sportową, papierowe jednorazowe obrusy na stołach. Kiedy otworzono Tesoro kilka lat temu w Sopocie, z dala od centrum, jej fenomen bardzo szybko przyciągnął rzesze klientów. Wielu z nich stało się stałymi bywalcami. Tak jak my. Przychodziliśmy tam zwykle w czwartkowe wieczory. Magiczna energia wciągała mnie do środka tak, że wpadałam tam niemalże w podskokach. Wchodząc byliśmy witani przez Włocha machającego nam serdecznie z kuchni.

tesoro

Domenico. Tesoro.

Kelnerki i kelnerzy znali nasze ulubione stoliki i zaraz nas do nich prowadzili. Milak uwielbiał zamawiać „to co zawsze” 🙂 A tym co zawsze były dla niego małże venus w białym winie i większe małże w białym winie dla mnie, albo czasem polędwica z grilla – tam zdarzyło mi się zjeść kilka razy tak smaczną, jakiej nie jadłam nigdzie indziej. Często też pieczona dorada. Czasem baby calamari smażone i podawane z rukolą. A na deser zawsze najcudowniejsza panna cotta z sosem malinowym.

IMG_0256

Panna cotta w Tesoro. Cudo.

Wiele razy zdarzało nam się być tam zbyt późno czy zostawać zbyt długo. Nigdy nie poczułam przez sekundę zniecierpliwienia, ani sugestii, że pora wychodzić. Zawsze czuliśmy się tam mile widzianymi gośćmi. Takie miejsca kocham. Kocham Tesoro. Z jego nieoczywistym hałaśliwym pięknem. Zawsze zabierałam tam przyjaciół, bo chciałam się tym szczęściem dzielić z bliskimi. Bo to miejsce wyjątkowe. „Hospitality” po włosku.

IMG_0258

IMG_0257

IMG_0255

Moje przyjaciółki: Dina, Marta i Magda podczas wspólnego wieczoru w Tesoro.

Po latach wróciliśmy do Warszawy. Naszej „budy” niestety już tu nie ma. W jej miejscu powstała inna knajpa, w niczym nie przypominająca Vera Italia. W tęsknocie za sopockim Tesoro od roku odwiedzam warszawskie restauracje. Szukam mojej ukochanej restauracji. Póki co nie znalazłam. Przemierzam Mokotów, Ochotę, Śródmieście, Wolę i Żoliborz. Szukam też trochę po prawej stronie Wisły. Tej jednej jedynej wciąż nie znalazłam. Tej jednej, gdzie od progu będę czuła się jak w domu. Gdzie wyjątkowy klimat będzie przyciągał fajnych ludzi. Gdzie kucharz gotuje ze smakiem i z otwartym sercem. Gdzie chciałoby się bywać po męczącym dniu w pracy. Gdzie chciałoby się spędzać długie godziny przy stole z przyjaciółmi. Jeśli znacie takie miejsce w tym mieście, koniecznie mi o nim powiedźcie! Bo umieram z nieukołysanej tęsknoty za Tesoro!

Sabina i Grzegorz w Tesoro

Nasi przyjaciele: Sabina i Grzegorz podczas wspólnej kolacji w Tesoro.

Reklamy

Tagi: , , , , , , , , , , ,

10 responses to “O przeprowadzkach. I nieobecnych knajpach.”

  1. Żurek says :

    Aga, nie znam się na jedzeniu (jeśli zupa to zawsze żurek), ale to był mój najmilej wspominany okres w vectrze, smacznego…

  2. Magda says :

    A film VECTROWEGO teamu-bezcenny!!! Gratulacje! No i to kolejny dowód na to, że gdzie się nie ruszysz, wszędzie zjednujesz sobie ludzi…

  3. Magda says :

    TĘSKNIMY , TĘSKNIMY!!!

Napisz, co o tym myślisz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog

myślę czuję jestem

Arek Skuza

myślę czuję jestem

http://www.noamwasserman.com/

myślę czuję jestem

Venture Hacks

Good advice for startups

VentureBeat

News About Tech, Money and Innovation

simply awesome things!

myślę czuję jestem

The Browser

myślę czuję jestem

Brain Droppings

myślę czuję jestem

TED Blog

The TED Blog shares interesting news about TED, TED Talks video, the TED Prize and more.

Altucher Confidential

myślę czuję jestem

myślę czuję jestem

Quartz

Quartz is a digitally native news outlet for the new global economy.

Mashable

myślę czuję jestem

Spotted

myślę czuję jestem

Pozytywka

somehow I know there’s more to life than this

Raw Thought (from Aaron Swartz)

myślę czuję jestem

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

Brain Pickings

An inventory of the meaningful life.

%d blogerów lubi to: