„Agnieszka, to jest zdjęcie, które zamieściłaś dokładnie rok temu. Zobacz inne wspomnienia z tego dnia.”

place your picture here

Facebook mi to przypominał przez kilka ostatnich dni. Wyświetlał z uporem, który może dotyczyć tylko bezdusznej maszyny. Zaprogramowanego mechanizmu, który jest jeszcze dalece niedoskonały. Spoglądałam na te zdjęcia. Zastanawiałam się, jak to jest. Jakiś czas temu wprowadzono ten mechanizm, że facebook sam przypomina Ci „memories” – zdjęcie, które w nim zamieściłeś rok, dwa, trzy lata wcześniej. Zdjęcie, które pewnie wtedy, kiedy zostało opublikowane, spotkało się z dużym zainteresowaniem moich znajomych…

Tylko, że akurat to zdjęcie pokazywało jeden ze straszniejszych momentów sprzed roku. O którym nie chciałabym raczej dziś pamiętać. Nie pokażę Wam go tu dziś, bo nie chcę nim epatować. Nie po to to piszę.

To wydarzenie sprzed równo roku (koniec listopada 2014) zakończyło najgorszy rok mojego życia. Naprawdę zakończyło. Naprawdę najgorszy. Na zdjęciu widzę umierającego psa, DayZ (czyt. Dejzi). Pies umiera na kolanach mojej ukochanej córki Zuzy. Na zimnym, przemoczonym od skraplającej się na szybie rosy parapecie przychodni weterynaryjnej, w której spędziłyśmy razem ostatnie 7 dni i nocy. Pod kroplówkami, przy transfuzjach krwi. Naszego ukochanego psa nie udało się jednak uratować. DayZ była z nami zaledwie pół roku, miała tylko 8 miesięcy.

Te 7 dni spędzonych w klinice weterynaryjnej zakończyło najgorszy rok w moim życiu. Wszystko zaczęło się rok wcześniej, w listopadzie 2013. To rodzinna smutna i przerażająca dla mnie wówczas historia, o której wiedzieli tylko najbliżsi. Nie chcę się nią dzielić w szczegółach. Powiem Wam tylko, że nigdy wcześniej nie bałam się tak o życie i zdrowie mojego własnego dziecka, jak przez te długie kilka miesięcy, które zaczęły się w listopadzie 2013. To wielka tragedia dla każdej matki. Okres, który trwał wiele wiele miesięcy. Na jego początku byłam zupełnie zdruzgotana. Szukałam pomocy. Czułam się zupełnie bezradna. To spadło jak grom z jasnego nieba. Płakałam wieczorami przez wiele dni skulona i wtulona w ramiona Piotra.

Mimo wszystko walczyłam. Imałam się wielu pomysłów i środków. Jedno nie pomagało, szłam w inną stronę. Poddanie się czy zwątpienie nie wchodziły w grę. Czy matka może się poddać i stracić nadzieję? Nigdy. Gdyby matka straciła nadzieję, to czy rodzina miałaby siłę? Znacznie mniej siły. Tak wtedy czułam, więc nie mogłam być słaba. Nie mogłam też wtedy zajmować się pracą. Ona nagle stała się zupełnie nieważna. Najważniejsze było zdrowie i życie mojego dziecka. To wszystko odbyło się u mnie kosztem ogromnej presji psychicznej i stresu. Jak przetrwałam? Pozwoliłam sobie pomóc. Dzieliłam się z bliskimi i przyjaciółmi tym, co czułam. Wspierałam się na mocnym ramieniu Piotra. Znalazłam mądrą terapeutkę, przed którą mogłam odkryć moje największe lęki. Podróżowałam, bo to kocham i to mi pomaga. No i biegałam. Bieganie dodawało mi siły, energii, światła. Przetrwałam i dałam radę.

I choć dziś wspominam ten czas jako najtrudniejszy i najstraszniejszy w moim całym czterdziestoletnim życiu, dziś w jakimś sensie jestem za niego wdzięczna. To co się stało, było w jakimś sensie potrzebne mi i mojej rodzinie. Dało nam jeszcze silniejsze więzi, jeszcze więcej wzajemnej miłości. Nauczyło mnie, jak być lepszą matką. Jak być wystarczająco dobrą matką. Jak być naprawdę blisko ze swoimi dziećmi. Jak je wspierać. I jak znaleźć lepszy balans między życiem prywatnym a pracą. To co nas spotkało na nowo ustawiło moje priorytety na im przynależnych miejscach.

Była wiosna 2014. Moje dziecko powoli odzyskiwało zdrowie. W naszych sercach, wciąż jeszcze nieśmiało, zaczęły mościć sobie miejsce radość i spokój. Wtedy pojawiła się też DayZ. Kiedy w naszym życiu zagościł ten kochany i przepiękny pies, wydawało mi się, że jesteśmy już na prostej. Że będzie już tylko lepiej, a DayZ wniosła tyle dodatkowego słońca i ciepła, którego tak potrzebowaliśmy po ostatnich turbulencjach. Minęło lato. I nagle znów. Ciężka choroba psa, nasze łzy i paniczne szukanie pomocy. Porażka zakończona śmiercią DayZ. Czułam, że to będzie ponad moje siły i ponad siły mojej rodziny. Powiecie, że to tylko śmierć psa. Może. Dla mnie, dla nas, ten pies był kimś bardzo bliskim. Był też pewnym symbolem światła i nadziei. I lepszej przyszłości po tym wszystkim, co nas spotkało. I wtedy, kiedy już nam było powoli dobrze i wszystko wracało do normy, nagle znów to straciliśmy. To tak jakbyś hodował małą roślinkę na nieprzyjaznej ziemi. Już kiełkuje, widzisz pierwsze delikatne listki. I nagle przychodzi mocna burza i niszczy Twoją małą roślinkę do cna. Prawie do cna.

Czasami potrzebujesz poczuć się na samym dole, żeby mocno się odbić. Tak stało się wtedy. Moje dzieci nie pozwoliły, byśmy na długo zostawili pustkę po miłości do DayZ „niezagospodarowaną”. Moje dzieci pokazały mi wtedy, że mają dużo siły, dużo więcej niż ja widziałam w sobie i niż spodziewałam się po tym wszystkim widzieć w nich. A jednak. Miłość potrzebuje ujścia, żeby rozkwitać. Dzięki tej miłości można było przyjąć i uszczęśliwić innego cudownego psa. I tak w naszym domu zawitała maleńka wówczas Luna.

To wszystko wydarzyło się i zakończyło dokładnie rok temu. W listopadzie 2014. Zakończył się najgorszy rok w moim życiu i rozpoczął jeden z najlepszych. Ostatni weekend listopada 2014 spędzaliśmy w podkrakowskiej Naramie u mojej siostry Ilony Hering. W ten weekend wpadłam na pomysł mojego nowego biznesu. Mój umysł i dusza były gotowe na nowe. Na radość. Zamknęłam to, co było. Pożegnałam. Otworzyłam nową kartę w moim życiu. Z zapałem i wielką energią zabrałam się za projekt, który po jakimś czasie otrzymał nazwę Ulala Chef. Dziś ten projekt rozkwita. Ma już całkiem namacalny wymiar! I kwitnę ja. I jestem szczęśliwa. Żyję tak jak lubię – głośno, radośnie, blisko ludzi. Mam wiatr w żaglach. Ale też jestem życiu wdzięczna za ten najgorszy rok w moim dotychczasowym życiu. I za to, że już się zakończył.

Dziś to wiem. W moim życiu może pojawić się za jakiś czas znów „najgorszy rok w moim dotychczasowym życiu”. Ale i on kiedyś minie. A ja wyjdę z niego jeszcze silniejsza niż jestem dziś. Nie traćcie nadziei, jeśli jesteście właśnie w środku najgorszego roku w swoim dotychczasowym życiu.

Jezioro Como. I promienie słońca.

Jezioro Como. I promienie słońca.

 

 

Reklamy

Tagi: , , , , , ,

2 responses to “„Agnieszka, to jest zdjęcie, które zamieściłaś dokładnie rok temu. Zobacz inne wspomnienia z tego dnia.””

  1. Karolina says :

    Na końcu jak zawsze….napisz co o tym myślisz.
    Czytając odczówałam ten smutek tą bezradność…potem tą energię wiarę.Podziwiam za siłę za determinacje….zazdroszcze wsparcia bo to jest klucz do wszystkiego. Bo moje życie to sinusojda ledwo się pozbierasz a już masz kolejną kłodę pod nogami.

Napisz, co o tym myślisz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog

myślę czuję jestem

Arek Skuza

myślę czuję jestem

http://www.noamwasserman.com/

myślę czuję jestem

Venture Hacks

Good advice for startups

VentureBeat

News About Tech, Money and Innovation

simply awesome things!

myślę czuję jestem

The Browser

myślę czuję jestem

Brain Droppings

myślę czuję jestem

TED Blog

The TED Blog shares interesting news about TED, TED Talks video, the TED Prize and more.

Altucher Confidential

myślę czuję jestem

myślę czuję jestem

Quartz

Quartz is a digitally native news outlet for the new global economy.

Mashable

myślę czuję jestem

Spotted

myślę czuję jestem

Pozytywka

somehow I know there’s more to life than this

Raw Thought (from Aaron Swartz)

myślę czuję jestem

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging

Brain Pickings

An inventory of the meaningful life.

%d blogerów lubi to: